Na „Pogromcę lwów” długo i cierpliwie czekały rzesze fanów Camill Lackberg. Czy było warto?


Znów powracamy na szwedzką prowincję. Fajllbaca i okolice wydawały się miejscem cichym, spokojnym, wręcz sielskim. Tymczasem z tomu na tom pokazuje nam się jej mroczna i zupełnie nieprzyjemna twarz. Zbrodnie przeszłości w dużej mierze rzutują na nie mniej intrygującą teraźniejszość. Co tym razem spotka policjanta Patricka i jego kolegów po fachu?


Pewnego mroźnego, styczniowego dnia z lasu wprost pod koła samochodu wybiega młoda, półnaga dziewczyna. Kierowca nie ma szans wyhamować. Sprawą zajmuje się miejscowa policja. Ku jej zaskoczeniu potrąconą przez samochód dziewczyną okazuje się Victoria, której zaginięcie zgłoszono cztery miesiące wcześniej. Dziewczyna przez ten czas była poddawana tajemniczym i bardzo okrutnym zabiegom. Okazuje się, że nie była jedyną ofiarą.


W tym samym czasie całkiem inne śledztwo prowadzi Erica. Kobieta zajmuje się rodziną tragedią sprzed wielu lat. W jej wyniku zginął ojciec rodziny. Winą obciążono jego żonę, która odbywa wciąż karę w więzieniu. Erica odwiedza kobietę, ale ta nie chce lub nie jest w stanie podać jej żadnych informacji. Erica czuje, że w tej sprawie nie wszystko zostało wyjaśnione.


„Pogromca lwów” w dużej mierze przypomina pozostałe części popularnego cyklu Camilli Lackberg, który to przyniósł autorce tak dużą sławę. Wątek kryminalny jest ciekawy, jasno i spójnie nakreślony. Autorka zna się na ludzkiej psychice i potrafi ją doskonale opisać. Na uwagę na pewno zasługuje to, jak sprawnie miesza teraźniejszość z przeszłością. Dawne wydarzenia zawsze mają jakiś związek z obecnymi, a w powieściach tej autorki odgrywają one niezwykle istotną rolę.